doubts

listopad 6, 2009 at 11:40 pm (coffee time in Poznań town)

Jesienne wieczory, szczególnie te około-weekendowe, stają się dla mnie koszmarem. Siedzę w domu i pozwalam różnym myślom przyjść do głowy – powinno się tego stanowczo zabronić w imię dobra ludzkości albo chociaż w imię spokoju jednostki… Tradycyjnie nie pozwalam tymże myślom udać się zbyt daleko. Ciii… przecież sama sobie dobra radzę, prawda? Prawda! Więc po co komukolwiek mówić cokolwiek, tym bardziej, że samo mówienie ostatnio słabo mi wychodzi. Co innego pisanie – jest dla mnie i tych paru osób, które tu trafią. Nie wiem nawet czy miałabym komu przekazać moich myśli. Straszne, wręcz zatrważające jest poczucie jakiegoś osamotnienia mimo tego, że teoretycznie tylu ludzi jest wokół. Ale przecież: praca, studia, przyszli mężowie itd. Nie ma już czasu na beztroskie wychodzenie “na miasto”, siedzenie w kuchni z butelką wina czy litrami piwa, wracanie nad ranem, niemeldowanie się z prawie każdego ruchu, wspólne oglądanie komedii romantycznych i zaśmiewanie do łez albo wlepianie wzroku w plecy Patrick’a. Teraz są – obowiązki, myślenie o innych, dzielenie czasu na czworo…

Być może moje poczucie wolności i samodzielności zbyt silnie jest zakorzenione i nie daje się łatwo wyplenić. A może to czysty egoizm? Jak powiedziała K: przyzwyczaiłaś się do samostanowienia bo nigdy na dobre nie musiałaś brać kogoś innego pod uwagę. denerwują mnie codzienne sms’y, sprawozdania z tego gdzie jest, co robi, co ma zamiar robić, nie chce mi się słuchać o tym jaka pogoda jest we Francji, nie interesuje mnie to czy przylatuje przez Monachium czy Frankfurt, drażni mnie jego troskliwość, nie mam ochoty podporządkowywać swojego czasu temu, że on akurat tu jest i ma ochotę wypić kawę, nie chcę rezygnować ze swoich własnych planów dlatego, że jemu się tak zamarzy, nie mam ochoty ani potrzeby meldowania się, opowiadania o tym jak mi minął dzień, do białej gorączki doprowadza mnie jego staranie się (słuchanie tej samej muzyki, zachwycanie się tymi samymi rzeczami, zgadzanie się z moim zdaniem w 100%), a już do wrzenia doprowadza mnie słuchanie o iskrzeniu. A może tak jest bo to po prostu NIE ON? A co jeśli po raz kolejny bardzo staram się by odszedł one mnie ktoś porządny, z dobrą przyszłością, czuły i kochający człowiek? A co jeśli szukam i nadal czekam na kogoś kogo wcale nie ma? Na kogoś kogo sobie wymyśliłam, gdzieś tam zarysowała mi się jego postać a tak na prawdę nie istnieje… Czy istnieją motyle? Te latające w okolicach żołądka, które skrzydełkami zaczepiają o serducho i sprawiają, że brakuje tchu, że głos nie ma ochoty wydobyć się z krtani, że policzki różowieją, że kolana miękną, że zapomina się o bożym świecie, że jest się w stanie zrobić dosłownie wszystko… I jeszcze jedno – czy te motyle mogą zacząć swój żywot i trwać przez wieki zamiast ginąć w czeluściach dzwonów przywracających nas do normalnej egzystencji po niespełna miesiącu (po otrzymaniu krótkiej i treściwej informacji o nagłej zmianie zainteresowania od osobnika płci przeciwnej).

butterfly by drozita

Prezenty powinno dawać się z wyczuciem. W odpowiednim czasie. O odpowiedniej randze. Nie za wcześnie. Nie nazbyt kosztownie. W przeciwnym wypadku otrzymujemy kobietę gnaną wyrzutami sumienia z biletem na przyszłotygodniowy koncert Bottiego… Prezenty tego typu prowadzą do a) niepokoju, b) poczucia zobowiązania, c) świadomości o tym, że powinno okazać się wdzięczność, d) wątpliwości.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

on criticism

listopad 6, 2009 at 11:55 am (coffee time in Poznań town)

Jaki sens ma krytyka szeroko pojętej kultury? Jaki sens ma wytykanie, że taki a taki artysta w zasadzie artystą zwać się nie powinien bo nie spełnia oczekiwań wąskiego grona, podobno uczonych i inteligentnych ludzi? Przeczytałam wczoraj parę wpisów na pewnym forum internetowym i zmroziło mnie z jednej strony, a z drugiej doznałam jakiegoś takiego dziwnego uczucia będącego połączeniem niepokoju, obaway, złości, rezygnacji i współczucia. Po pierwsze, przeraziła mnie moc forów gdzie byle kto może napisać byle co i to bez większego wysiłku intelektualnego czy odpowiedzialności za własne słowa, te napisanie czarno na białym. Po drugie, zaczęłam zastanawiać się nad bezdusznością krytyki. Nie chodzi już o to, że w sposób negatywny (bez jakichkolwiek argumentów) i bardzo pretensjonalny napisano o kimś kogo akurat lubię i cenię, ale o to ile osób może czuć się urażonych i skrzywdzonych trzema nieprzemyślanymi wypowiedziami. Koniec końców ilu ludzi tyle pomysłów, gustów i upodobań. Po co wtrącać się do tego co kto lubi? Po co bezceremonialnie udowadniać, że coś jest sztuką, a coś innego nie bo nie spełnia wymyślonych przez nas samych warunków? Po co komu szufladkowanie? Można coś lubić, albo nie – i to powinno nam wystarczyć.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

slow down!

listopad 4, 2009 at 3:58 pm (coffee time in Poznań town)

Finlandia uświadomiła mi, że znowu pędzę. Miło było dostosować się do fińskiego wolnego tempa, spokoju, ciszy… biegać po hotelu w grubych skarpetach, pić jagodową herbatkę ze śnieżnobiałych kubków w hotelowej restauracji w towarzystwie uroczego właściciela przypominającego trochę “dobrego wujka”… obserwować studentów, którzy nigdzie się nie spieszyli, wycierali podłogi uniwersytetu skarpetkami i niemal w ciszy ustawiali się w kolejce na stołówce… Nie wiem czy to chłód, lasy czy wszechobecne jeziora mają na nich taki wpływ ale wydaje się, że jest im z tym dobrze. Dobrze było zwolnić tempo na tych parę dni i porównać ze swoim własnym trybem życia – bieganie, zastanawianie się czy zdąży się gdzieś dotrzeć na czas, wszechobecny gwar, ruch i jakiś taki wewnętrzny niepokój. Czasami mam wrażenie, że coś mi gdzieś umyka, coś mnie omija, o czymś zapominam bo skupiona jestem na wypełnianiu swoich pracowniczych obowiązków, których (wiem to już teraz) mam odrobinę za dużo. Czy zwolnię trochę? Kiedy?

Savonlinna, Finland

Dwa utwory, które chodzą za mną od samego rana i bardzo pasują ze względu na a) tekst, b) muzykę, która umiejętnie nastraja radośnie w ten jesienno/zimowy dzień z pierwszym śniegiem w tle:

Obie płyty poproszę w ramach zwalniania tempa.

Dzięki uprzejmości dwóch panów słucham sobie Muse – Live in Berlin 29.10.2009!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

if on a winter’s night…

listopad 3, 2009 at 9:27 am (coffee time in Poznań town)

a na zimę chciałabym dostać

Sting - winter

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Do trolls exist?

październik 31, 2009 at 9:42 pm (coffee time in Poznań town)

Na pytanie czy troll istnieje? norweskie dzieciaczki usilnie szukały odpowiedzi. Ślady świadczące o istnieniu: zużyta chusteczka higieniczna (skoro jakoś przypominają ludzi to pewnie czasem chorują i miewają katar), głaz z oczami i uszami (w dzień trolle zamieniają się w kamienie), porzucony szałas (w końcu musiał tam spać!) i parę innych drobiazgów. Ale czy na pewno trolle istnieją?! Zacytowano pewną dziewczynkę, która rzekła:

If you want trolls to exist, then they exist. If you don’t want trolls to exist, then they don’t exist.

Powyższe zdanie zakończyło drugi dzień fińsko-norwesko-polskiej konferencji i wywołało szczere uśmiechy na twarzach wszystkich zebranych, a ja miałam przyjemność tenże wywód maleńkiej Norweżki przetłumaczyć. Nie ma to jak tok myślowy dziecka…

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Finland

październik 25, 2009 at 6:52 pm (coffee time in Poznań town)

Pracoholizm gorszy od faszyzmu – podobno. Zaczynam chyba w ten pierwszy popadać. Czuję potrzebę nauczenia się asertywnego odmawiania. Jeśli się tego nie nauczę to już niedługo zostanie po mnie cień.

Jutro Finlandia! A ja jak na złość – chora. Faszeruję się od 2 dni różnymi lekami i odprawiam modły nad a) poprawą stanu zdrowia, b) tym, by nikt się nie zorientował, że mam troszkę wyższą temperaturę niż ta sugerowana.

Obkupiona w swetry, golfy, skarpetki i podkolanówki ruszam w stronę północy!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Ма́стер и Маргари́та

październik 18, 2009 at 12:12 pm (coffee time in Poznań town)

4 godziny w pierwszym rzędzie z miejscem nr 1. Drugi dzień po premierze.

Mistrz i Małgorzata

Było warto. Było inaczej. Ciekawie. Mam parę uwag, ale… to przecież M&M! Woland był fantastyczny! Jego świta – drugiej takiej nie ma! Bezdomny – w szpitalu grał niemal pierwsze skrzypce. Mistrz – ehh… Szkoda, że sama Małgorzata jakoś się nie udała… Jestem pod wrażeniem muzyki i świateł (Woland w jasnym biało-niebieskim świetle robił cudne wrażenie). Stroje – świetnie dopasowane! (Asasello przypominający troszeczkę Jockera, Woland w płaszczu… bal u szatana… ochy i achy!)

Woland i świta

Asasello

Wielkie brawa dla Sebastiana Cybulskiego i Piotra B. Dąbrowskiego.

Do poczytania jeszcze tu i tu .

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

T Day

październik 15, 2009 at 7:03 pm (coffee time in Poznań town)

Zimno. Cholernie zimno. W tym zimnie zwiedzaliśmy “plantację” aloesu. Wytrzymałam 5 minut. Nic ciekawego.

Pułkownik niezwykle sympatyczny, grzeczny, rozgadany. Po reklamie zgotowanej przez kolegę wuefistę może kiedyś zaowocuje znajomość nasza współpracą? W chwili obecnej byłbym w stanie się zgodzić. Zaproponowano mi skoki ze spadochronu… Żeby się mnie pozbyć?! ;) Zaliczyłam szybowce – spadochrony niech trochę poczekają.

Finlandia coraz bliżej. Zostałam dzisiaj skutecznie uspokojona w sprawie tłumaczeń – słowa trudne i nieznane mam omijać szerokim łukiem! To się nazywa tłumaczenie! Wszystko ok tylko pogoda troszeczkę przeraża…

Dyrekcja sypnęła groszem i wręczyła (dość niespodziewanie) nagrodę. Miło. Będzie za co swetry na zimę kupić.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

you’ll laugh, you’ll cry

październik 10, 2009 at 7:53 pm (coffee time in Poznań town)

Oznaką starzenia się jest nadmierna ilość łez w oczodołach i coraz częstsze ich uwalnianie. Zauważam u siebie tendencję wzrostową tj. im starsza tym więcej łez wylewam w jakichś wzruszających momentach, co kiedyś było nie do pomyślenia. Ostatnio bardzo dobrze na zalewanie się łzami wpływają filmy. Najprawdopodobniej trafiają na podatny grunt w postaci mojej coraz trwalszej melancholii, zwątpienia i niepewności.

Inside I'm DancingNie byłam w stanie się opanować i zatrzymać łez. Po prostu nie mogłam. Zużyłam paczkę chusteczek. Długo pozostanie mi ten film w pamięci… bardzo długo… z wielu różnych względów.

Z każdym obejrzanym filmem coraz bardziej cenię:

james mcavoy

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

white lies

październik 10, 2009 at 12:50 pm (coffee time in Poznań town)

Na ślicznie skrojone zaproszenie odpowiedź dałam negatywną. Powiedziałam, że pracuję, że muszę pomóc rodzicielce. To akurat prawda. Kłamstwem natomiast było to, że będę to robiła calusieńki dzień i nie mam ani chwili wolnego żeby udać się do centrum. Prawda jest taka, że a) co za dużo to niezdrowo, b) po tych wszystkich spotkaniach, ślubach, weselach, pizzach, kawach, piwach i wódkach mam ochotę pobyć sama ze sobą w swoim własnym pokoiku z herbatką w ręce i książką przed nosem, a potem z siostrą i mamą przed telewizorem. Chcę troszeczkę oddechu. Odrobinkę chociaż. Szczególnie gdy pomyślę o kolejnych weekendach zapełnionych po brzegi aż do połowy listopada (teatr, Finlandia, szkolenia, re-uniony, parapetówki). Czy to samolubstwo? Egoizm? A może zdrowy rozsądek? Wiem, dobrze wiem, że J/K już w poniedziałek wraca do Francji, że wróci w połowie listopada ale… nie czuję się na siłach by się sobą nawzajem przejadać… slow down, please… Dlatego też jutro Będkarty wojny w kinie a dzisiaj – dom i Inside I’m Dancing/Rory O’Shea Was Here i Doubt.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Next page »