all we need is time
jeśli jeszcze kiedyś usłyszę od dr K, że szanujemy swój czas czyli my jej a ona nasz, to przysięgam, że stanie się komuś krzywda. kolejny raz zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo niektórzy ludzie muszą się dowartościować kosztem innych. dość przygnębiające. kilka średnio przespanych nocy zaowocowało tym, że chapter 4 nie został oddany gdyż chapter 3 wymaga poprawek (gdyby ktoś nam wytłumaczył jak go napisać to nie byłoby problemu). i rzecz istotna: prosiłam o spotkanie o 15:15, ale K kazała przyjść o 14:15 (wtedy podobno miała zbierać się do wyjścia), a koniec końców przyjęłą mnie łaskawie o 15:30. i gdzie tu logika?! gdzie poszanowanie studenta?! oj, skończyć i się wynieść… (btw. nie wiem dlaczego dr K i pisana praca zajmują tyle moich myśli. trzeba to koniecznie zmienić!!)
z innej beczki – jutro będę robić z siebie stereotypową blondynkę (bez obrazy!) w warsztacie samochodowym
jakoś nie czuję ani weny ani motywacji do odgrywania roli wszechwiedzącej pani od angielskiego.
marzy mi się żeby weekend trwał conajmniej dwa razy tyle czyli 48×2
jestem specem od marketingu w naszej ekonomicznej wizji nierealnego projektu wybudowania nowoczesnego metra w poznaniu
ps. goldenline mnie zaskoczył. wyniki i szczegóły za jakiś czas.
obejrzane: restless
Sunday, snowy Sunday
człowiek wstał dzisiaj rano. rozejrzał się po pokoju i spostrzegł, że chyba przypadkiem zabił storczyka. dobrze, że drugi jeszcze dycha. za oknem śnieg. nie ma go co prawda w ogromnych zimowych ilościach, ale jednak jest. dzieki temu człowiekowi nie chciało się wstać. człowiek był jednak co chwilę zaczepiany przez brytyjskiego tatę, który z powodu ubóstwienia swojego nowego komputera od samego rana zajmował się jego oprogramowaniem. człowiek więc zwlókł się z ciepłego łóżeczka i powędrował na śniadanko. przyjaciel człowieka, pies myśliwski a.k.a. czarny diabeł leżał sobie przy człowieku grzejąc mu stopy. telewizja, jak co dzień, serwowała tatuaże amiego. dobry początek (tak jak stu adwokatów trzymających się za ręce na dnie oceanu). teraz człowiek popijając poranną kawę zastanawia się za co ma się najpierw zabrać w tą piękną niedzielę.
canadian winter coffee
tydzień obfitował w wydarzenia niejasne, zaskakujące i nietypowe.
dostałam jasny przekaz, że dzieci moimi dziećmi nie są i nie powinnam zadręczać się ich problemami bo to rola szanownych rodziców. dlatego wszystko zaczyna spływać po mnie jak po kaczce. oczywiście robię co w mojej mocy by wywiązać się z powierzonych mi obowiązków, ale kończę w momencie gdy przekracza to moje pojęcie i możliwości.
out of the blue odezwał się dawny znajomy i szukaliśmy miejsca w poznaniu gdzie można wypić beaujolais nouveau (oczywiście nie razem).
mam mocne postanowienie niepojawienia się już nigdy więcej na jakiejkolwiek konferencji odn-u w urzędzie wojewódzkim. wymarzłam nieziemsko, kawy nie było, herbaty nie było, wszystko się przedłużało w nieskończoność i było nudno do kwadratu.
płyty odebrane
weekend jest “bezuczelniany”, co znaczy – wolny!!! po częsci, niestety. czeka mnie wymyślanie chapter 4. przydałby się chociaż maleńki kawałeczek jakiejś weny…
dokonałam fantastycznego odkrycia! zmieniłam gmailową tapetę i teraz mam śliczne drzewko i niebo wskazujące aktualną poznańską pogodę. mała rzecz, a cieszy
w oczekiwaniu na brytyjskiego tatę popijam kanadyjską, zimową kawę (bo u nas prawie zima jest), wwąchuję się w waniliową świeczkę, jedną ręką dokonuję procesu sprzątania, słucham sobie włóczęgów i układam w głowie cudne zdania wyrazajace prowidłowość moich niesamowitych badań…
very very
udając się na nieangielskie studia kierowałam się tym, że z angielskim będą miały niewiele wspólnego i pozwolą mi odetchnąć od naukowego podejścia do tegoż języka (bo język sam w sobie znudzić się nie może). a tu nagle, niz tego ni z owego wyskoczyły benchmarking, outsourcing, lean management, time based management, reengineering, management by walking around itp. co ciekawe, podobno “nie da się” wyrazić tych pojęć w naszym pięknym języku polskim. a może trzeba się tylko trochę wysilić? jeszcze trochę a wszystko co związane z ekonomią i zarządzaniem wykładane będzie po angielsku, bo tak będzie prościej. bo niby dlaczego projekt ma nazywać się projektem a nie project’em, kierownik kierownikiem a nie managerem, a sieć wewnętrzna siecią wewnętrzną a nie intranetem? bo jesteśmy GLOBALNI! ot co. (btw. było bardzo bardzo!*)
nadal upajam się tv w hd. wczoraj przez przypadek trafiłam na blood diamond z zaskakującym leonardem. bardzo bardzo.
mam puszkę z czekoladkami wygrywającą silent night! dziecinna przyjemność i dzika radość. jakoś tak przyjemnie się zrobiło. świątecznie (mimo tego, że do świąt jeszcze ho ho!). bardzo bardzo!
czytane: “życie pi” by yann martel
słuchane: “von” sigur ros
oglądane: the reckoning i paul b.
—
* “bardzo bardzo” – określenie nadużywane w moim bardzo bardzo miejscu pracy, które stało się przedmiotem naigrywań z kobiety, która bardzo bardzo wprowadziła w nasze życie aczkolwiek nadal ma bardzo bardzo pozytywny wydźwięk i bardzo bardzo lubi być używane w celu wyrażenia bardzo bardzo aprobaty. albowiem człowiek uczy się przez całe życie… bardzo bardzo się uczy…
the carrot and stick approach
z przykrością stwierdzam, że metoda kija i marchewki powoli przestaje działać i nie przynosi już porządanych rezultatów. nawet wizja odebrania płyt z empiku i głębokiego odetchnięcia w sobotę około godz. 16:00 nie sprawia, że styki podczaszkowe zaczynają pracować szybciej i bardziej efektywnie (bo efektownie to chyba pracują). poza tym, bacząc na słowa dostojnej dr K “i tak będzie do poprawy, proszę się nie łudzić, że to koniec!” nie mam już ani internal ani external motivation. cyferki, literki, procenty, appendixy, tabelki, spacje i kropki wraz z przecinkami spędzają mi sen z powiek a nawet jeśli nie spędzą snu to go umiejętnie przekształcają w swoisty koszmar. już nigdy w życiu nie podejmę się action research!
Henryk winny wszystkiemu
Pijąc poniedziałkową kawę z przyprawami, które ewidentnie przypominają mi jesień i zbliżające się Święta, zamyśliłam się nad tym, że późne wstawanie skraca dzień, co pewnie odkrywcze nie jest. Faktem jest jednak to, że wczoraj Henryk zbyt długo trzymał mnie przed telewizorem, czego z jednej strony nie żałuję bo Henryk to Henryk i dworskie intrygi wciągają nieziemsko nawet do prawie 1:00 w nocy (szczególnie wsparte winem), ale z drugiej strony otworzenie powiek o 11:00 zdecydowanie ukradło mi około dwóch godzin twórczej pracy naukowej.
Praca naukowa nie ślimaczy się coraz bardziej. Chyba tylko zbliżający się sobotni deadline każe mi co jakiś czas o niej pomyśleć i robić sobie wyrzuty sumienia, że powinnam się tym zająć jak najszybciej. No ale jak mam pisać jeśli trzeba przetestować nową telewizję, przesłuchać parę płyt, które kurzą się na półce, przejść z psem myśliwskim po okolicy, posprzeczać się z wątrobą poprzez spożycie kawy (co wymaga czasu), uzupełnić hushowy pamiętnik nowymi mądrościami, przejrzeć zdjęcia, skończyć czytanie książek kuszących z dnia na dzień coraz bardziej, zadzwonic tu i tam w ramach podtrzymania kontaktu (to samo tyczy się maili) itd. (?!?!)
W ramach programu “w życiu liczą się drobiazgi, czyli sprawiaj sobie małe przyjemności” udaję się zakupić parę CD (bo mimo wywodów jednego pana CD ma inną wartość niż ściągnięte MP3 – tak, świadczy to o snobiźmie) i może uda mi się gdzieś dorwać nową knigę Różewicza (przeczytane fragmenty zachęcają do sypnięcia groszem w księgarni). W końcu “[b]yć może świat nie ma prawa trwać po tym wszystkim, co się stało. Ale trwa. Więc skoro jest, to trzeba się nim cieszyć” (H.K.)
sick sad little world
1. gratuluję Ameryce nowego prezydenta, a Amerykanom dobrego wyboru. nasza tv przeżywa to już drugi dzień (ciekawe ile jeszcze przed nami). czy świadczy to o tym jak bardzo jesteśmy uzależnieni od USA?
2. nie ma to jak oberwać w nowo wyklepany i polakierowany tył samochodu o 7:40 rano (no i znowu będzie do klapania i lakierowania biedny bobik, a ja i moje nerwy chyba wyjdziemy z siebie i staniemy obok). śmiem twierdzić, że moje przeczucie co do tego, że “coś będzie nie tak” sprawdziło się w 100%. coś wisiało w powietrzu od wczoraj. więc może przeczucie faktycznie działa?
3. zaczynam mieć kryzys pracowniczy (jak co roku, tylko teraz jakoś szybko przyszedł… może to przez ten niesamowicie mglisty listopad)
4. rozsmakowuję się w karaibskiej herbacie w piramidkach (bo podobno to nie piramidy tylko “piramidki”!)
5. dziennikarstwo uwielbiam, ale jak czytam przeinaczoną wypowiedź, bądź wypowiedź wręcz z palca wyssaną, lub też jak czytam krwiożercze nagłówki wołające o pomstę do nieba napisane w procesie nadinterpretacji wydarzenia to mnie krew zalewa. dobrze, że teraz już się nikt nami nie zajmuje. pohuczeli, pohuczeli i przestali. teraz zajmują się Obamą.
6. występ pana Turnau i pana Królika w ramach koncertu dla Ciechowskiego – majstersztyk
7. lukrecja jest pyszna!
8. a dziś w tv “uśpieni”…
the notebook
właśnie skończyłam oglądać (po raz kolejny) goslingowy pamiętnik, który na nowo mnie zauroczył swoją słodkością, poświęceniem, miłością, ideałami, wiarą, pięknymi zdjęciami (szczególnie scena wśród gęsi na jeziorze, btw. to były gęsi? i odlatującymi ptakami w scenie końcowej), banałem i paroma innymi rzeczami. jest mi źle. tym bardziej, że mgr nie ruszyła wcale z kopyta tak jak mi się naiwnie wydawało. dzięki temu napisałam fantastyczne pisemko z prośbą o urlop naukowy, który jest mi do przeżycia niezbędny.
The history of Eddie
„Oto historia człowieka imieniem Eddie, zaczynająca się od końca, bo w chwili jego śmierci, która nastąpiła w biały dzień. Dziwne może się wydać takie rozpoczynanie opowiadania od końca, jednak tak naprawdę każde zakończenie jest zarazem początkiem. Tyle, że wdanej chwili o tym nie wiemy.
Ostatnią godzinę życia, podobnie jak większość pozostałych, Eddie spędził w Rubylandzie, wesołym miasteczku nad brzegiem wielkiego szarego oceanu. Miasteczko było dość zwyczajne: miało podniszczone drewniane molo, diabelski młyn, kolejki górskie, stragan ze słodyczami, oferowało także rozrywki typu strzelanie wodą w usta klowna. Niedawno pojawiła się nowa kolejka, zwana Wieżą, i tam właśnie Eddie zakończył życie w wypadku opisywanym potem w gazetach w całym stanie.
W chwili śmierci Eddie był starszym człowiekiem o wypukłej klatce piersiowej, lekko pochylonym, tak ze przypominał skrzywioną puszkę. Patykowate nogi, niegdyś mocne i muskularne, teraz były chude i pokryte rysującą się wyraźnie pod skórą siatką żył. Lewe kolano, w które został ranny podczas wojny, nękał artretyzm, więc Eddie musiał chodzić z laską, inaczej w ogóle nie byłby w stanie się poruszać. (…) Jasnobrązowy uniform sugerował, że Eddie jest pracownikiem fizycznym. I rzeczywiście pracował fizycznie. (…)
Kiedy pozostało mu pięćdziesiąt minut ziemskiego życia, Eddie udał się na swój ostatni spacer po Rubylandzie (…) Tego właśnie dnia Eddie miał urodziny (…)
Dwadzieścia sześć minut życia. Eddie przeszedł na drugą stronę mola, na jego południowy koniec. Niewiele się dzis działo. (…)
Kiedyś latem wszyscy przychodzili do Rubylandu. Były tu słonie i ognie sztuczne, i maratony tańca. Ale ludzie nie chodzą już tak chętnie do wesołych miasteczek; przenieśli się do parków rozrywki (…).
Żadna historia nie jest oderwana od innych. Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie.
Koniec historii Eddiego wiązał się z inną, z pozoru nic nieznaczącą historią, jaka wydarzyła się kilka miesięcy wcześniej, gdy raz, w pochmurny wieczór, w Rubylandzie zjawił się pewien młody człowiek wraz z trzema przyjaciółmi.
Młody człowiek miał na imię Nicky i był świeżo upieczonym kierowcą. Przeszkadzał mu duży pęk kluczy, więc odczepił kluczyk od samochodu i włożył go do kieszeni kurtki, a potem zawiązał sobie kurtkę w pasie. (…) Później (…) Nicky sięgnął do kieszeni kurki i pogrzebał chwilę. Zaklął. Kluczyka nie było.
Skąd się biorą ostatnie słowa? Czy ludzie zdają sobie sprawę z ich wadi? Czy zawsze muszą zawierać w sobie jakąś mądrość? (…) Odchodząc można powiedzieć coś mądrego, ale równie dobrze można powiedzieć coś głupiego. W przypadku Eddiego ostatnie słowa miały brzmieć: „Cofnąć się!”
A oto co słyszał Eddie podczas ostatnich minut ziemskiego życia. Popołudniową bryzę. Fale rozbijające się o brzeg. Daleki łomot muzyki rockowej. Pomruk silnika małego samolotu ciągnącego za sobą reklamę. I jeszcze to:
- O Boże! Ludzie, patrzcie! (…)
- O mój Boże! (…) Tam są ludzie! Oni zaraz spadną!
(…) Eddie od razu dostrzegł, co się stało. Jeden z wagoników znajdujący się na szczycie Wieży zwisał, przechylony pod takim kątem, jakby zamierał zrzucić swój ładunek. (…) Pasażerowie zostali szybko wciągnięci na platformę (…). W środku mechanizmu Wieży niewidoczny z zewnątrz kabel wagonika numer dwa przez ostatnich kila miesięcy ocierał się o unieruchomiony krążek, który przez to, ze przestał się obracać, zaczął stopniowo zrywać stalowe druty – jakby łuskał kolejne osłonki ziarna – aż kabel całkiem puścił. (…) Krążek został zablokowany przez mały przedmiot, który w sprzyjającym momencie wpadł do środka przez szczelinę. Samochodowy kluczyk.
(…) Na metalowej podstawie siedziała bezradnie – jakby ktoś ja popchnął i przewrócił – mała dziewczynka (…). Bum. Za późno. Wagoniki spadły (…). Eddie rzucił laskę, stanął an chorej nodze i poczuł ból, od którego o mało co nie stracił przytomności. Wielki krok. Jeszcze jeden. W środku kanału sterującego kolejki puściła ostatnia nitka kabla (…).
(…) Poczuł w dłoniach dwie ręce, dwie malutkie rączki.
Potężny cios w plecy.
Oślepiający błysk światła.
A potem już nic.” M.A.
_ _ _
Miłostowo zalała fala ludzi. Takiego tłumu jeszcze tam nie widziałam. Poddałam się zawrotom głowy i zabierając z sobą żółte kwiaty i znicze wróciłam do domu. Jutro ostateczna próba przedarcia się w głąb Miłostowskiego lasu.
Czytając nasuwa mi się na myśl M. aka S. I robi się dziwnie.

