the magic word – SALE!

grudzień 29, 2008 at 11:27 am (coffee time in Poznań town)

well, święta minęły szybko (za szybko) ale za to w miarę spokojnie i nawet z odrobiną śniegu. kolejny rok z rzędu doszłam do wniosku, że święta straciły na swojej świętości i utraciły rangę magicznych. przecież jako dorośli wiemy, że prezentów nie przynosi święty M., choinkę ubiera głowa rodziny (czyli mama/babcia) gdyż ma “swoją wizję”, prezenty są zdawkowe/symboliczne i nawet dawanie ich już tak nie cieszy jak kiedy miało się te parę i paręnaście lat. nie ma wśród nas małych dzieci więc nikomu nie chce się specjalnie starać o ową magiczność. a ja chciałabym kupować masę drobnych podarunków, podrzucać je niewidocznie pod choinkę (nawet tą z nielogicznym układem bombek), dzwonić dzwoneczkiem na znak spadającej gwiazdy lub tej pierwszej na niebie, utrzymywać atmosferę jakiegoś cudownego napięcia i oczekiwania, na chwilę wejść w inny świat (i co z tego, że udawany?). anyway, było wszystko co powinno pojawić się na “dorosłej wigilii”, plus spacer po lesie (naszym lesie!!) pochłoniętym swoim życiem.

za dwa dni sylwester a ja nie mam ochoty ani na podsumowania mijającego roku, ani na postanowienia noworoczne. poza tym, przygnębia mnie myślenie o samym sylwestrze. ciekawe, że przy tylu niby znajomych człowiek będzie siedział w domu, zajadał się jakimś junk food, oglądał bezsensowne filmy, odliczał minuty do północy z którąś ze stacji tv w towarzystwie równie przygnębionej rodzicielki. ale za to wystroimy się nieziemsko. btw chyba czas na ułożenie sobie życia trochę inaczej.

zaczęły się wyprzedaże. cóż to za magiczne słowo SALE! ruch w sklepach okropny, aż zadusić się można. ale jakieś pół godziny przed zamknięciem robi się lepiej i wtedy można kupić śliczne rzeczy za zniewalające ceny… chociaż nie mam pojęcia kiedy włożę na siebie te sukienki…

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Christmas parties

grudzień 17, 2008 at 9:10 pm (coffee time in Poznań town)

Rozpoczął się sezon imprez świąteczno-wigilijnych. W związku z tym od soboty jestem niemal nieprzytomna i bujam gdzieś w obłokach nie mogąc wydostać się z wigilijnego ciągu… czyli inaczej mówiąc – piwko, grzaniec z prądem (tak, tak…) itd. Ludzie zrobili się nagle bardzo przyjaźni, co cieszy i tylko im za to dziękować. Za mną dwa spotkania, przede mną dwa kolejne. Minione – fantastyczne! Aż się człowiekowi zrobiło miło, jakoś tak dziwnie słodko na duszy, sentymentalnie (szczególnie w poniedziałek). Wręcz człowiek zaczął zastanawiać się nad swoim powołaniem i ewentualnym powrotem na stare śmieci (chociażby raz w tygodniu!). Cudnownie było spotkać ludzi, których nie widziało się od ponad dwóch lat i przekonać się, że nadal pamietają… Dawno już się tak nie naściskałam i wycałowałam… Wróciły wspomnienia. Z tego wszystkiego spać nie mogę. I oczywiście nie moge skupić się na tym co teraz powinnam robić.

Poznań nabrał chwilowo charakteru, którego poszukuję. Dzięki konferencji na ulice wyszli ciekawi ludzie i (w końcu!) zrobiło się międzynarodowo, szczególnie na Starym Mieście. Idąc deptakiem, sącząc kawę z papierowego kubka (btw. latte z cynamonem) udało mi się podsłuchać rozmowy prowadzone w językach różnych i człowiek poczuł się jak obywatel świata – bo świat przyjechał do niego. Bardzo, bardzo.

Aha, z obserwacji wynika, że ulica Taczaka jest obleganą atrakcją turystyczną, na tle której głównie przedstawiciele Azji lubią robić sobie zdjęcia.

Nie znoszę przedświątecznego tłoku w sklepach. W przyszłym roku zakupy zrobię zdecydowanie wcześniej! Po prostu trafia coś w człowieka jak musi się dostosować do tempa całej masy ludzi, która nagle musi wepchnąć się do sklepu takiego czy innego a przy okazji robi sobie spacer nie zważając na to, że komuś może się spieszyć, że ktoś może tego nie lubić, że ktoś woli szybsze tempo, że komuś robi się słabo jak musi pociągać nogę za nogą bez możliwości wyprzedzenia zawalidrogi.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

coffee variations

grudzień 12, 2008 at 11:07 am (coffee time in Poznań town)

za każdym razem jak pochłaniam kawę (czyli totalnie się w niej zatapiam i moje kubki smakowe w końcu otrzymują cenny nektar) zastanawiam się nad tym na ile to uwielbienie a na ile uzależnienie. niewątpliwie jest to ważna część dnia. bez niej dzień jest stracony. tak więc jedna rano, druga koło południa, trzecia po południu. jeśli nie ma tej pierwszej to cała reszta nie ma takiego znaczenia. dlatego rytuałem jest włączane czajnika w pracy zaraz po wejściu, jeszcze nawet przed zdjęciem kurtki. wygląda na to, że to nie tylko mój problem (jeśli to jest problem, o czym przekonana nie jestem) albowiem do mojego czajnika z moją wodą rzuca się tabun ludzi (eszcze w kurtkach). wody nastawia się więc więcej dzięki czemu od samego rana robi się dobry uczynek wobec ludzkości a i ludzkość po wlaniu w siebie choćby odrobiny czarnego płynu jakoś tak się inaczej uśmiechają i czują się spełnieni.

z kawą wiąże się coś jeszcze poza dobrym humorem i w miare pozytywnym nastawieniem do wszystkiego (bo jak już się rano dostanie upragnioną i wyśnioną w nocy filiżankę to potem wszystko można załatwić, rozwiązać, poskromić). na kawę się idzie. dzięki temu, że idzie się na kawę człowiek rusza swoje cztery litery z domu i bez względu na aurę biegnie do kawiarni. oczywiście kawa wyśmienicie smakuje w domu, ale jeśli już się idzie na kawę to zazwyczaj z kimś (bo poza domem źle się kawę spożywa we własnym towarzystwie). a jeśli z kimś to znaczy, że dbamy o stosunki międzyludzkie w naszym zabieganym z jednej strony a komputerowym z drugiej strony świecie. rozprawialiśmy o tym kiedyś z J, K i M (z każdym osobno i w dwóch przypadkach via the Internet). dzięki M czasem jestem zmuszona wyłączyć wszystkie możliwe komunikatory i udać się na tzw. miasto żeby nacieszyć się kontaktem wzrokowym z rozmówcą. dzięki M co jakiś czas również A wydaje razem z nami pieniądze w okolicach kochanego rynku. można pokusić się o stwierdzenie, że potrzeba sączenia kawy w towarzystwie przeciwników wynalazków XXI wieku robi nam wielką przysługę.

najlepsza kawa? o poranku w okolicach neapolu, z takim widokiem:

 

Neapol, IT 

przeczytane: “Ask yourself: (…) did the Vikings have anything to do with how beautiful & well engaged Scandinavian & Eastern European women are?” (by B.B.) (że what?!)

od wczoraj namiętnie słucham tego pana i tego pana.

obejrzane na poprawę humoru i wspomnienie wakacji.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

man in the chair

grudzień 9, 2008 at 12:50 pm (coffee time in Poznań town)

brnę z pewnym chłopcem o imieniu piscine przez ocean spokojny. płynę i płynę, i patrzę na tego tygrysa bengalskiego krzątającego się po łodzi… momentami bierze mnie obrzydzenie związane z dosłownością i realizmem opisów. chyba jednak niekoniecznie rozumiem o co chodzi (a od czasu do czasu przypomina mi się stary człowiek razem z morzem i moby dick). martel napisał jednak dwie rzeczy, które w pewien sposób odnoszą się do tego co mi po głowie krąży… oto pierwsza, która dzisiaj pasuje jak ulał (druga – kiedy indziej, gdy poruszony zostanie inny temat):
“Strach to jedyny prawdziwy przeciwnik życia. To jednocześnie adwersarz mądry i podstępny. Obce jest mu poczucie przyzwoitości, za nic ma prawa i konwencje, nie zna litości. Uderza w najsłabszy punkt, który znajduje łatwo i nieomylnie. Zaczyna się w mózgu, zawsze. Jesteś spokojny, pewny siebie, szczęśliwy. I nagle strach, w przebraniu łagodnej wątpliwości, wślizguje się do twego mózgu niczym szpieg. Wątpliwość natrafia na niedowierzanie i niedowierzanie usiłuje ją wyprzeć. Ale niedowierzanie jest tylko źle uzbrojonym piechurem. Wątpliwość radzi sobie z nim bez trudu. Ogarnia cię niepokój. Przybywa rozsądek, by walczyć w twoim imieniu. Odzyskujesz pewność siebie. Rozum jest w pełni wyposażony w broń najnowszej generacji. A jednak, ku twemu zdumieniu, pomimo przewagi taktycznej i licznych niezaprzeczalnych zwycięstw, rozum zostaje pokonany. Czujesz, jak słabniesz, miękniesz. Twój niepokój zmienia się w przerażenie. Teraz strach atakuje twe ciało, które już wie, że dzieje się coś bardzo złego. (…) Bardzo szybko podejmujesz nierozważne decyzje. Porzucasz swych ostatnich sprzymierzeńców: nadzieję i ufność. I w ten sposób zadajesz sam sobie klęskę. Strach, który jest niczym innym, jak tylko zwykłą impresją, zatriumfował nad tobą.”

film, który objął patronat nad dniem dzisiejszym, gdyż obejrzany został “na dzień dobry” i wywołał różne emocje:

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

on a sick leave

grudzień 5, 2008 at 5:27 pm (coffee time in Poznań town)

krakałam, krakałam i wykrakałam. leżę w łóżku gapiąc się na laptopika i odpoczywam odnawiając stare znajomości. oczywiście zrobiłam sobie dwa dni wolnego i od jutra zabieram się do ciężkiej pracy umysłowej. teraz niech się umysł wspaniale zaśmieci głupotami żeby potem było z czego się odchamiać.

na moje nieszczęście został mi polecona pewna książka, która już znajduje się na biurku i czeka aż zacznę ją czytać. kusi niesamowicie. walczę więc sama ze sobą żeby się nie poddać i nie oddać bez reszty lekturze mimo tego, że teraz kompletnie nie powinnam mieć na to czasu.

w sklepach święta. na ulicach miasta święta. a jednak świątecznego nastroju nie czuć. może trzeba poczekać na trochę śniegu (bo ten, który był już dawno został zapomniany). jednak żeby się “lepiej” poczuć postanowiłyśmy (sister+ja) trochę “uświątecznić” dom, tym bardziej, że na same święta wybywamy do lasu, tzn. pod las a właściwie (jakby to powiedział kanadyjski wujek) do takiego cottage pod lasem. będzie więc zimno, będziemy siedzieć ubrani na cebulkę, wąchać choinkę, podporządkowywać się babcinym wymysłom, puszczać mimo uszu wszystkie sprzeczki, popijać herbatę sto razy dziennie, zajadać pierniki i zrzucać zbędne kilogramy na spacerach po lesie.

o sylwestrze na razie nic nie słychać. no plans. chociaż pojawiła się ciekawa propozycja, tyle że… z Lizbony… też jest to jakiś pomysł. ale bardziej przyziemnie chyba trzeba będzie umiejętnie porozmawiać z M żeby kolejny raz ochrzcił nowe mieszkanie :)

a już za 10 dni… wigilia radiowa !! :D

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

faraway land

grudzień 2, 2008 at 6:05 pm (coffee time in Poznań town)

człowiek wstał dzisiaj wcześniej niż zwykle przez co snuje się cały dzień nie mogąc się zdecydować czy mu się chce czy nie chce. przede wszystkim wiatr i deszcz nie zachęcały do wynurzenia nosa nad kołdrę, a już tym bardziej postawienia nogi za progiem domu. w pracy człowiek wlał w siebie dwie na prędce robione kawy, które przyniosły krótkoterminowe pozytywne rezultaty. już po godzinie pracy człowiek doszedł do wniosku, że ma dość, że ma kryzys, że już dłużej tak nie chce. po czterech godzinach wylądował w ciepłym łóżeczku myśląc sobie dlaczego tak bardzo mu się nie chce, że trzeba było urodzić się w jakimś słonecznym kraju bądź regionie gdzie wiatr nie wyciska łez z oczu. człowiek sobie leżał i pożerał cukierki myśląc jednocześnie o tym, że mu nie wolno. tym lepiej smakowały. a kawa z bitą śmietaną i przyprawami smakowała  wybitnie (choć tak samo jak zawsze). bardzo się człowiekowi nie chce wstawać rano i jechać wysłuchiwać historii samobójczych, ściagać palaczy, sprawdzać czy wszyscy mają kurtki i czapki, czy kogoś ktoś nie szturchnął, czy ktoś nie ma siniaków, uśmiechać się do szefowej, która zaczęła na człowieka działać jak płachta na byka… już się człowiekowi nie chce. zaczął więc człowiek snuć plany na chorobę. nie jakąś tam wielką i poważną, ale taką która pozwoli człowiekowi nie ruszać się z domu przez najbliższy tydzień. miniona sobota była dniem kiedy choroba chciała przyplątać się sama – nie wyszło. rozmyśla więc człowiek co zrobić by przetrwać.

obejrzane: the duchess z pozadomowego źródła

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

another one :(

grudzień 1, 2008 at 8:05 pm (coffee time in Poznań town)

w miesiąc po 1 listopada, słuchając przygnębiającej lisy gerrard dowiedziałam się, że olass nie będzie już z acidami koncertował, że nie będzie chodził po naszej ziemi, że pati straciła kumpla i nie może w to uwierzyć… takie rzeczy dzieją się zbyt często, za szybko… brak słów.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz