Firstly,…
Mój regres ma się dobrze. Postepuje. Wszystko zgodnie z planem. Daję sobie na to jeszcze trzy dni. Potem koniec. Basta. Regres zostanie zawieszony na czas nieokreślony.
Parę rozmów i sytuacji z minionych paru dni dało mi wiele do myślenia. Po pierwsze, samo-pisanie referencji o sobie jest trudne. Po drugie – czytanie referencji pisanych czyjąś ręką na swój własny temat stawia na pograniczu samouwielbienia, zażenowania, wdzięczności i braku pewności siebie. Po trzecie – jeśli inni mówią o mojej skromej osobie w superlatywach to… dlaczego nie… to dalczego jest tak jak jest i jakoś nie widać symptomów tego, że miałoby się to zmienić? tzn. tak zwana samowystarczalność? Może już mam jej po prostu dosyć? Może już mi jej wystarczy? A jeśli tak to dlaczego nie potrafię z niej zrezygnować? Albo inaczej – dlaczego nikt nie potrafi sprawić żebym chciała, marzyła o tym żeby puścić to wszystko w trzy diabły? Po czwarte, jestem na granicy wytrzymałości nerwowej. Jak tak dalej pójdzie to przejdzie to w stan nie z tego świata. Po piąte, dzięki staniu nad granicą chyba po raz pierwszy w życiu wiem, że już nie chce tego co mam, wiem, że muszę coś koniecznie zmienić, szybko, gwałtownie, niemalże tu i teraz. Pocieszające poniekąd jest skreślanie dni na kalendarzu. Byle do 19 czerwca. Po szóste, musiałam zaciekle bronić swojego regresu przed zaczytaną w tzw. wysokiej literaturze polonistką. Mało brakowało a zaczęłabym zastanawiać się nad tym czy nie przegięłam z tym regresem… nie ma to jak porządny psycholog, który robi dokładnie to co ja! Ufff… Po siódme, nieznoszę zakłamania i hipokryzji. Nie, nie, nie! Głośne i stanowcze: NIE! Po ósme, moja kolejna praca naukowa/pseudo-naukowa na razie nie ma żadnego bliżej określonego kształtu co zaczyna mnie napawać lękiem, szczególnie w obliczu niemiłosiernego deadline’u. Długi weekend zapowiada się przyjemnie – nad kserami, komputerem, artykułami i kawą.
The Reader mnie wykończył…
regres progresywny
Ogłaszam nawrót regresu progresywnego na czas czytania sagi o wampirach z Forks!
weekend + week’s impression
Odnawianie znajomości to poznawanie starych znajomych na nowo. To tak jakby spotkać daną osobę po raz pierwszy. Jedyną różnicą jest to, że ma się już punkt zaczepienia w postaci czegoś co was czysto teoretycznie łączy. Ma to swój urok.
Pofatygowałam się na przesympatyczny koncert aż do Opola. Czy było warto? Po piewrsze, tak bardzo chciałam wyrwać się z mojego miasta, że owszem było. Po drugie, mile zaskoczył mnie zespół swoim profesjonalizmem więc udam się na kolejny koncert, tym razem u nas. ALE: średnia wieku uczestników była zastraszająco niska co sprawiło, że poczułam się staro (dzięki tym, którzy wpadli tam z tym samym zamiarem co ja i mieli powyżej 20 lat! to mnie uratowało!); panowie zbiegli ze sceny szybciutko i nie wypili piwka ze starszymi widzami (buuu…). Co zostało po koncercie?: dużo wydanych pieniędzy na przejazd, postanowienie zaopatrzenia się w najnowsze wydawnictwo w postaci 2CD, przeświadczenie o tym, że w Polsce też można fajnie grać niekoniecznie w mainstreamie.
W ramach odmóżdżania zostało obejrzane z koleżanką K w towrzystwie żubrowego napoju to.
the sun has been graciously given
Right, jak mawiała pewna K. D.-K. (pamięć o tym świadczy nie mniej ni więcej tylko tyle, że nie mogę się tak nagle, na hura pozbyć uczelnianych wspomnień).
Łaskawie zesłane słońce wprawia mnie w iście wakacyjny nastrój. To nic, że powinnam skrobnąć sprawozdanie, które powinno być oddane już ho ho temu. To nic, że powinnam udać się do biblioteki w poszukiwaniu niezwykle frapujących pozycji nt. komunikacji międzynarodowej. To nic, że powinnam urodzić plan pracy na 6! To nic, że powinnam zająć się szukaniem nowej pracy, mieszkania itd. To nic, że powinnam skupić się na prozie życia. No way! Mając wakacje w głowie kąpnęłam się z knigą w dłoni, otoczona zapachem wanilii i dźwiękami radia. Pstryknęłam kilka wiosennych zdjęć i złożyłam przysięgę nabycia drogą kupna torby na aparat. Poukładałam książki na półkach więc już nie zajmują dziwnych miejsc w pokoju. Posprzątałam! Ha! Jakie sprzątanie potrafi być odświeżające, przyjemnie, łagodzące i budzące do życia! Wszystkie anlgo-knigi związane z ESP, reading, writing, descriptive grammar, contrastive grammar, authentic materials powędrowały na strych łącznie z materiałami do szeroko zakrojonych badań. Ulżyło. Od razu zrobiło się a) czysto, b) przestronnie, c) lekko gdzieś w duszy. Still can’t believe that that’s it! Oczyszczające było pozbycie się ton zimowych ubrań i wysunięcie na pierwsze miejsce tego co lekkie i zwiewne. A to wszystko dzięki… słońcu.
W planach: spacer po Malcie i Starym Mieście, nastawienie się na wielkanocne spacery po lesie, pochłonięcie hektolitrów wody, wystawienie się na działanie promieni słonecznych, Afromental, wędrówki po Opolu, poświęcenie się fotografii, rozwój kulturalny.
P.S. -> Open’er -> niedziela -> 05.07.2009 -> P., K.O.L., L.A. … i wkurza mnie, że nie będę tam w czwartek, piątek i sobotę. No ale… right?
spring in the town!
póki co nie zmieniło się nic. przynajmniej nie w wymiarze nadzwyczajności. były ciasteczka, kwiatki, gratulacje i wstępne %. tego ostatniego ciąg dalszy ma nastąpić w najbliższy weekend ale (co było do przewidzenia) rozłożyłam się w łóżeczku z moimi biednymi oskrzelami.
szefostwo swoim zachowaniem i brakiem jakichkolwiek kompetencji, smaku oraz wyczucia kolejny raz działa mi na nerwy i utwierdza w przekonaniu, że decyzja o rychłym rozstaniu jest jak najbardziej prawidłowa. aż dziw bierze, że ktoś taki znalazł się na stanowisku kierowniczym. nic tylko egocentryzm i dwulicowość. wychodzi mi to uszami.
jest wiosna! jak ulał będą pasować nowe spódnice… w końcu! trzeba znaleźć czas na pobuszowanie z aparatem tu i ówdzie.