lucky coin
czytając książki o niesamowicie smutnych, nieszczęśliwych ludziach i ich usłanym pechem oraz wszystkimi możliwymi okropnościami życiu zaczynam stukać się w głowę i przechodzić na tą stronę gdzie sobie człowiek uświadamia sobie ile dobra go spotkało i ile jeszcze przed nim. no i, że marzenia nawet te najbardziej odległe i nierealne czasami mogą się spełnić tylko trzeba o nie troszeczkę powalczyć.
- Tego wieczoru, kiedy przyprowadziłam cię do domu, zanim zacząłeś opowiadać, rzuciłeś monetą. Czemu?
- Nie byłem pewien czy mogę ci zaufać. Dlatego podjąłem decyzję na podstawie rzutu moneta. Powiedziałem sobie, że jeśli wypadnie orzeł, wszystko ci opowiem, a jeżeli reszka, grzecznie się pożegnam. No i wypadł orzeł.
- Czyli gdyby wypadła reszka, nigdy byś mi nie opowiedział swojej historii?
- Na pewno nie wypadłaby reszka.
- Tak bardzo wierzysz w swoje szczęście?
- A co szczęście ma z tym wspólnego? Masz, obejrzyj sobie moją monetę. – Wyciągam z kieszeni marynarki jednorupiową monetę i podaję jej.
Smita ogląda ją z jednaj strony, potem z drugiej.
- Przecież… z obu stron jest orzeł!
- Zgadza się. To moja szczęśliwa moneta. Ale jak mówiłem, szczęście nie ma z tym nic wspólnego.
Odbieram jej monetę i wysoko podrzucam. Leci w górę, przez chwilę połyskując na tle turkusowego nieba, a potem wpada do oceanu i tonie w jego przepastnych głębinach.
- Dlaczego wyrzuciłeś swoją szczęśliwą monetę?
- Już jej nie potrzebuję. Bo szczęście pochodzi z wewnątrz.
Vikas Swarup „Kto wygra miliard?”
I’m getting off these trains
zaczyna mi się wydawać, że nie jestem tak silna i odporna jak do tej pory sądziłam. mimo tego, że sama tradycyjnie wprowadziłam swoisty masochizm w swoje życie nalegając byśmy nie tracili kontaktu z racji na lożę szyderców (czyli bardzo fajnych wspólnych znajomych) to jakoś dziwnie mi się robi jak widzę go na tych wszystkich komunikatorach. potrzebuję czasu. tak, czas to coś czego mi trzeba. podobno jemu również. więc po co dzwoni o nieprzyzwoitej nocnej porze (udając, że telefon świruje w kieszeni) i zagaduje na gadulcu proponując kolację?! dziękuję, wysiadam z tego pociągu. przynajmniej na jakiś czas. jeszcze nie pora na tak frywolne zachowania… a tak przy okazji: ten drugi też zachowuje się jakby nagle mu mózg coś pochłonęło i nie zostawiło nawet resztek. nie mam zamiaru dalej w to brnąć i świadomie napsuć innej kobiecie krwi. to za bardzo boli wszystkie strony. z tego pociągu też wysiadam.
reunion
stara przyjaźń nie rdzewieje? nawet po niemal 6 latach kompletnej ciszy? po wczorajszym spotkaniu mogę odpowiedzieć, że tak, chyba tak. co prawda teraz czeka nas jeszcze sporo pracy ale po facebookowych i gadugadowych panelach dyskusyjnych i wczorajszym czterogodzinnym piwie wszystko staje się bardziej realne. nie było zażenowania. nie było udawanej życzliwości. było… normalnie. w końcu trzeba było się spieszyć bo miałyśmy do zrelacjonowania 6 lat i do wspomnienia wspólnych wcześniejszych 12 lat! (o matko z córką! to my się znamy… 18 lat ?! nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy). umiejętnie pominęłyśmy to co nas podzieliło. żadna z nas nie miała ochoty rozdrapywać starych ran. to taka nasza czarna dziura, którą umiejętnie omijamy z korzyścią dla nas obu. reunion udany!
Pamięć serca unicestwia złe wspomnienia wyolbrzymiając dobre. I dzięki temu mechanizmowi udaje nam się znosić ciężar przeszłości.
Gabriel Garcia Marquez “Miłość w czasach zarazy”
poniedziałkowa poranna mieszanka muzyczna objęła to i to. teraz czas na:

ohhh…
…they shouldn’t have… it’s a punch below the belt!
enough! no more Josh!
no more Michael!
to stand on mountains
codzienne popołudniowe burze doprowadzają mnie do szału, ale dzięki nim zmuszona jestem wyłączyć wszystko co elektryczne (poza światłem) i z przyjemnością, bez wyrzutów sumienia – poczytać i posłuchać.
rzeczy martwe (choć czasem mam wrażenie, że moje autko żyje własnym życiem) potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi szczególnie wtedy kiedy w najmniej odpowiednim momencie blokują im się koła. jako zadośćuczynienie musiałam zakupić lody, lilastarsy i colę (po zabójczej osiedlowej cenie).
jak słyszę jego głos to mój zaczyna się łamać. a jak go widzę w moim ukochanym mieście to… ehhh no i ten głos w połączeniu z tym językiem… i się rozpływam… btw. amerykanie robienie show mają chyba we krwi!
black & white bass players
nic nie poradzę na to, że uwielbiam gitarę basową i basistów…





i ubóstwiam te czarno-białe zdjęcia…
a little blessing in disguise

niesamowity. przepiękny. uroczy. wzruszający. magiczny. artystyczny.prawdziwy.
te kolory. ta muzyka. te miejsca. ta dziewczynka. te kontrasty.
jestem bezgranicznie zauroczona…
nie wiem co jeszcze napisać. chcę to mieć w domu. koniecznie.



