slow down!
Finlandia uświadomiła mi, że znowu pędzę. Miło było dostosować się do fińskiego wolnego tempa, spokoju, ciszy… biegać po hotelu w grubych skarpetach, pić jagodową herbatkę ze śnieżnobiałych kubków w hotelowej restauracji w towarzystwie uroczego właściciela przypominającego trochę “dobrego wujka”… obserwować studentów, którzy nigdzie się nie spieszyli, wycierali podłogi uniwersytetu skarpetkami i niemal w ciszy ustawiali się w kolejce na stołówce… Nie wiem czy to chłód, lasy czy wszechobecne jeziora mają na nich taki wpływ ale wydaje się, że jest im z tym dobrze. Dobrze było zwolnić tempo na tych parę dni i porównać ze swoim własnym trybem życia – bieganie, zastanawianie się czy zdąży się gdzieś dotrzeć na czas, wszechobecny gwar, ruch i jakiś taki wewnętrzny niepokój. Czasami mam wrażenie, że coś mi gdzieś umyka, coś mnie omija, o czymś zapominam bo skupiona jestem na wypełnianiu swoich pracowniczych obowiązków, których (wiem to już teraz) mam odrobinę za dużo. Czy zwolnię trochę? Kiedy?

Dwa utwory, które chodzą za mną od samego rana i bardzo pasują ze względu na a) tekst, b) muzykę, która umiejętnie nastraja radośnie w ten jesienno/zimowy dzień z pierwszym śniegiem w tle:
Obie płyty poproszę w ramach zwalniania tempa.
Dzięki uprzejmości dwóch panów słucham sobie Muse – Live in Berlin 29.10.2009!